Ian Valentine
Baza 43 - Cichociemni

| Tytuł oryginału: |
Station 43: Audley End House and SOE's Polish Section |
| Rok wydania: |
2005 |
| Wydawnictwo: |
Wołoszański |
| Liczba stron: |
220 |
| Okładka: |
miękka |
| ISBN: |
83-89344-09-2 |

O książce
Książka Iana Valentine'a jest historią lokalną, albo jeszcze dokładniej, historią
w skali mikro. Jej tematem tak naprawdę nie jest ani druga wojna światowa,
ani Anglia, ani Polska, ani ruch oporu w Europie - choć o nich traktuje.
Jej tematem jest dom - posiadłość lorda Braybrook w hrabstwie Essex nosząca nazwę Audley
End - oraz ludzie, którzy przebywali tam w czasie wojny.
Audley End było jedną z wielu angielskich posiadłości zarekwirowanych na początku
wojny na potrzeby wojska - to samo przydarzyło się też Bletchley Park - choć na
pierwszy rzut oka zupełnie nie nadawało się do tego celu: miało tylko jedną łazienkę
i w zasadzie niemożliwe było zapewnienie mu ochrony koniecznej do prowadzenia tajnych operacji.
Mimo to, a może właśnie dlatego, przeznaczono je na bazę szkoleniową agentów SOE - początkowo
duńskich, norweskich i holenderskich, a ostatecznie polskich, znanych lepiej pod nazwą
Cichociemni. Choć istnieją podstawy by sądzić, że Niemcy wiedzieli o funkcji Audley End,
służył Polakom tak długo, póki loty do kraju prowadzone były z terenu Anglii.
Autora książki początkowo zafascynowała sama posiadłość - w której był przez jakiś czas
zatrudniony - bardzo szybko uświadomił sobie jednak, że tak naprawdę jest świadkiem. Świadkiem
przekształcania się przeszłości w historię.
Żyjemy bowiem w tym szczególnym momencie historii, kiedy na naszych oczach odchodzą ci,
którzy pamiętają - uczestnicy drugiej wojny światowej. Bezpowrotnie. I choć historia
mieni się nauką odtwórczą opartą na świadectwach pisanych (ostatnimi czasy na różnych
nośnikach) i choć stawia sobie za cel zajmowanie się nie teraźniejszością, a
przeszłością, która teoretycznie powinna mieć przynajmniej pięćdziesiąt lat (okres, po
jakim otwiera się niektóre archiwa), każdego z nas ogarnia chyba od czasu do czasu
przerażenie, że wraz z tymi starymi ludźmi na zawsze ginie ich pamięć, ich subiektywny
odbiór tego, co się zdarzyło, ich własna interpretacja rzeczywistości, a tym samym
i nasza tożsamość jako narodu. Co roku w sierpniu patrzymy na coraz mniej licznych
Powstańców Warszawskich i zastanawiamy się, czy wykorzystaliśmy w pełni daną nam
szansę poznania historii od wewnątrz, nie z poziomu sztabów czy rządów, ale z poziomu
świadków. Tych, którzy tam byli. Tych, którzy to przeżyli. Tych, którzy pamiętają.
Bo tylko w ich pamięci zapisują się szczegóły. To mniej więcej tak, jak z dowcipami ze
stanu wojennego i octem na półkach - takich rzeczy można dowiedzieć się jedynie od
świadków, a nie z archiwów. Z tym, że ja na przykład zupełnie tego octu nie pamiętam :-).
Taka jest też funkcja książki Valentine'a jak średniowieczny mnich kopiujący
antyczny rękopis, by nie zaginął, notuje on wspomnienia Cichociemnych, o których niewiele
wiemy, ponieważ po wojnie zdecydowali się pozostać w Anglii. Na kartkach książki pojawiają
się postaci niezwykłe, a nam właściwie nieznane: Alfons Maćkowiak, Antoni Pospieszalski, Antoni Nosek,
Wanda Skwirut. Również Anglicy, tacy jak Alfred Fensome, kierowca, czy dziewczęta z korpusu FANY. I
drobne wydarzenia - gęsi, które pogoniły podpułkownika Hartmana, bójki agentów z policją angielską,
która podczas ćwiczeń w terenie miała udawać Niemców, Polacy urywający się do miasta
na piwo... Małe perełki mikrohistorii, które bezpowrotnie odchodzą w zapomnienie.
Książka starannie odtwarza cykl szkoleń, jakie przechodzili polscy agenci na terenie
Anglii i los na jaki się decydowali, przyjmując propozycję „powrotu do kraju”, ale jej
główna zaleta leży właśnie w tym skoncentrowaniu się na ludziach i ich sprawach. Widać
w niej również zaskoczenie Valentine'a, że oto w samym środku Anglii, w samym środku
jej historii, tkwią obcy ludzie, obca i jakże niezwykła społeczność. Mniej więcej tak
samo reagujemy my sami dowiadując się, jak wielu Wietnamczyków mieszka w Warszawie.
Ale - i to chyba najsympatyczniejsza cecha tej książki - Valentine zamiast ksenofobią,
reaguje na obecność Polaków zaciekawieniem, sympatią, a wreszcie podziwem.

|

|
|

|
|