O literaturze i komunikacji miejskiej


Jednym z bardziej interesujących aspektów kłopotów finansowych jest konieczność rezygnacji z jazdy samochodem i rozpoczęcie korzystania z komunikacji miejskiej. Doznanie autobusu może być zaskakującym przeżyciem, szczególnie, jeśli następuje po długiej przerwie. A w moim przypadku - po czterech latach.

To, że transport publiczny się zmienia jest truizmem niewartym chyba dalszych rozważań. Pomijając dość szczególne kłopoty wynikające z nieumiejętności skasowania biletu, ogólna koncepcja pozostała bez zmian. Dużo bardziej interesowało mnie, szczerze mówiąc, czy zmienili się ludzie, którzy z niego korzystają.

Na to pytanie nie potrafię sobie jeszcze odpowiedzieć w pełni. Na pewno zmieniła się moda i to w dość zaskakujący sposób. Mianowicie niewspółmiernie duża liczba kobiet nosi na nogach gumowe klapki-japonki, dokładnie takie, jakie w latach 70-tych zakładało się na basen. 90% z nich wygląda w tych klapkach rozpaczliwie. Być może dlatego, że, jak to ujął w swym haśle reklamowym jeden ze sklepów z obuwiem „feet are ugly”. A być może jest to moje prywatne odczucie, ponieważ widok pomalowanych paznokci u nóg budzi we mnie uczucie nieuzasadnionego, ale za to głębokiego obrzydzenia.

W pierwszej chwili wydawało mi się, że główna zmiana polega na tym, że ludzie nie czytają już w publicznych środkach transportu. Trwałam w tym przekonaniu całe dwa dni, kiedy zarejestrowałam wreszcie, że czytają, ale - niestety - głównie prasę. Wtedy zaczęłam przyglądać się bliżej i okazało się, że niektórzy pozostali jednak tradycjonalistami i czytają książki. Oczywiste jest, że musiałam sprawdzić, jakie.

Dość krótka, bo zaledwie tygodniowa, obserwacja nieco mnie rozczarowała. Ludzie czytali głównie Chmielewską, Harry'ego Pottera, nieco science-fiction i bliżej mi nie znane książki sensacyjne. Jedna pani - której jestem ogromnie wdzięczna, ponieważ przywróciła mi wiarę w samozaparcie czytelnicze - czytała Marqueza.

Oprócz rozczarowania poczułam jednak również zaskoczenie. Każdy, kto czytywał kiedykolwiek książki w komunikacji miejskiej wie, że muszą one spełniać kilka założeń wstępnych. Po pierwsze nie mogą być duże i ciężkie, ponieważ trzeba je ze sobą nosić przez cały dzień. W ten sposób z kategorii czytelniczej „środki transportu publicznego” wykluczone zostają od razu na wstępie wszelkie dzieła stricte naukowe. Po drugie książka czytana w takich warunkach nie może być trudna językowo, ani posiadać bardzo zawikłanej akcji, ponieważ trzeba się w każdej chwili liczyć z koniecznością ustąpienia miejsca lub zmiany środka transportu, a częste przerwy nie wpływają dodatnio na odbiór wielkiej literatury. Biorąc pod uwagę powyższe, jest oczywiste - przynajmniej moim zdaniem - że najlepiej do celów lektury podróżniczej nadaje się poezja nieepicka oraz zbiory felietonów. Albo bardzo krótkie opowiadania. Są to tak zwane KFN, czyli Krótkie Formy Narracyjne.

Otóż żadna z zaobserwowanych przeze mnie osób nie odczuwała najwyraźniej potrzeby ewolucji w takim kierunku. Albo potrafią się zatem lepiej niż ja skupiać na tekście w trudnych warunkach zewnętrznych, albo po prostu moja grupa czytelnicza w całości wyewoluowała w kierunku prasoczytelnictwa. W końcu, jak to ładnie ujął jeden dziennikarz, artykuł w gazecie powinien mieć taką długość, żeby przeciętny czytelnik był w stanie przeczytać go w całości za jednym posiedzeniem na sedesie. A dodatkowo gazeta lżejsza jest od większości książek i zawsze można ją bez żalu wyrzucić.

Trochę jednak szkoda. W końcu niektóre wiersze mają, przynajmniej z założenia, nieco większą wartość niż rozważania nad blaskami i nędzami żywota Edyty Górniak, czy pełnym zaskoczenia odkryciem, że na wojnie giną ludzie, i to nawet wtedy, kiedy są polskiej narodowości.

Być może poezja po prostu umarła i czytuje się ją już nie z potrzeby wewnętrznej, tylko w wyniku bodźców zewnętrznych, takich jak Nagroda Nobla? Ale dlaczego razem z nią umarła i felietonistyka?

Warszawa, lipiec 2004